Który dziś? Tak, niedługo minie rok odkąd nie byłam na mojej siłce. A tęsknię. Jak cholera. Dziś poleciała mi łezka. Nie chciałam tego bloga traktować jak pamiętnika czy coś, ale co tam.
Pogadać o Sam i dopingu w Crossficie. Podziwiać upór jedynie jednostek. To nie zdarza się często nawet na siłowni. Lenistwo rządzi naszym świętem. Co potem? Potem obudzić się i pobić swój PR w jerku. Oczywiście najpierw upuszczając kilka sztang na ziemię i besztając siebie. Poleżeć spocona, wyjebana z mocy, najczęściej zastanawiając się czy zrobiłam wystarczająco, przecież mogłam jeszcze, mogłam więcej, oglądając nowe odciski na dłoniach zastanawiać się co zrobię jutro. Zawsze za mało. Zawsze niedosyt. Mogłam lepiej. Mogłam być lepsza. Wracać do domu z torbą na ramieniu, z trzęsącymi się mięśniami, z shakerem w ręku, kapturem na głowie, posiedzieć chwilę na murku przed blokiem.
Nie jest mi żal. Lubię swoje życie. Mam fantastycznego faceta, niedługo przyjdzie na świat najzajebistsze dziecko na tej planecie, nasze dziecko.
Chyba nie będzie puenty. Filozoficznych morałów. Odsyłam do poprzedniego posta ;) Mam wspomnienia, mam zdjęcia, mam bica i dupę, choć już nie tak fajną - moje dziecko mnie zjada jak ja kiedyś zjadałam suple :)
I co? I jestem zajebiście szczęśliwa, że Życie przyprowadziło mnie właśnie do zapyziałej
Starej Szynki, że mam mojego K, że mamy 6-cio centymetrowe cudo w brzuszku i że moja bielańska s-czwórka jest w moim serduszku. Kiedyś powiem córce, oczywiście innej opcji nie przyjmujemy, że mama była najtwardszą dupą na swojej siłce!


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz