poniedziałek, 16 maja 2016

Burpee Bitch

Który dziś? Tak, niedługo minie rok odkąd nie byłam na mojej siłce. A tęsknię. Jak cholera. Dziś poleciała mi łezka. Nie chciałam tego bloga traktować jak pamiętnika czy coś, ale co tam. 




Moja siłka na Bielanach zdefiniowała mnie w dużym stopniu. Wiele się zmieniło. W moim życiu. We mnie. Brakuje mi jak cholera moich kettli. Tych głupich czajników, które dawały mi tyle bólu i radości za razem. Zrobiłabym martwy ciąg w moim złotym miejscu. Zobaczyłabym w sumie w jakimś stopniu satysfakcjonujące mnie miny cipeuszy, którzy pykali sobie fotki przed lustrem po czym spoglądali jak z 5 dych na martwym zrobiła mi się stówka i ze zwieszonymi głowami wracali do szatni. Chciałabym znów modlić się, by zrobić choć jeszcze jednego butterfly'a i klnąć przy tym na pękające odciski. Chciałabym jeszcze raz zajebać w skrzynię przy box jumpach, upaść na podłogę, zasyczeć, zagryźć zęby, otrzeć krew z piszczela i na trzęsących się nogach dokończyć rundę. Ćwiczyć technikę cleanów i wkurwiać się na siebie, że nie potrafię opanować tego ruchu bioder. 






Pogadać o Sam i dopingu w Crossficie. Podziwiać upór jedynie jednostek. To nie zdarza się często nawet na siłowni. Lenistwo rządzi naszym świętem. Co potem? Potem obudzić się i pobić swój PR w jerku. Oczywiście najpierw upuszczając kilka sztang na ziemię i besztając siebie. Poleżeć spocona, wyjebana z mocy, najczęściej zastanawiając się czy zrobiłam wystarczająco, przecież mogłam jeszcze, mogłam więcej, oglądając nowe odciski na dłoniach zastanawiać się co zrobię jutro. Zawsze za mało. Zawsze niedosyt. Mogłam lepiej. Mogłam być lepsza. Wracać do domu z torbą na ramieniu, z trzęsącymi się mięśniami, z shakerem w ręku, kapturem na głowie, posiedzieć chwilę na murku przed blokiem.





Nie jest mi żal. Lubię swoje życie. Mam fantastycznego faceta, niedługo przyjdzie na świat najzajebistsze dziecko na tej planecie, nasze dziecko. 



Chyba nie będzie puenty. Filozoficznych morałów. Odsyłam do poprzedniego posta ;) Mam wspomnienia, mam zdjęcia, mam bica i dupę, choć już nie tak fajną - moje dziecko mnie zjada jak ja kiedyś zjadałam suple :)
I co? I jestem zajebiście szczęśliwa, że Życie przyprowadziło mnie właśnie do zapyziałej 
Starej Szynki, że mam mojego K, że mamy 6-cio centymetrowe cudo w brzuszku i że moja bielańska s-czwórka jest w moim serduszku. Kiedyś powiem córce, oczywiście innej opcji nie przyjmujemy, że mama była najtwardszą dupą na swojej siłce!