Zaczęłam ostatnio pisać posta. Bardzo osobistego i smutnego. Pokazującego moje słabości. Lecz nie dodam go. Zachowam go dla siebie, by móc wrócić do niego za jakiś czas. Ten będzie równie osobisty, jednak w nieco innym tonie. Opowiem Wam moją historię. Nie dla współczucia, bo tego bardzo nie lubię. Nie z żalu. A dla ukazania niezwykłości w zwykłości. Lubię moją historię, ponieważ sprawiła, że jestem sobą, że odkrywam to czego chcę.
Pochodzę ze skromnego domu na południu Polski. Nasze życie nie było kolorowe. Czwórka młodszego rodzeństwa, jedynie tata pracował. I to z przerwami. Od początku byłam odpowiedzialna. Czułam się odpowiedzialna. Za siebie, za młodsze rodzeństwo, za rodzinę. Była i nadal jest w naszym domu niezwykła wspólnota. Mimo problemów, kłótni, różnic charakterów, nie najlepszych warunków chce się tam wracać. Wyobraźcie sobie: 16latka, 14latka, dwie 8latki i 2latek. Było wesoło. I ciężko. Kupa roboty, szkoła, brak kasy, zmęczenie rodziców, bo chcieli nam zapewnić wszystko co najważniejsze.
Wyprowadziłam się z domu tego samego dnia, którego odebrałam świadectwo maturalne, 30 czerwca 2009. Sama zaczęłam dorosłe życie. W ogromnym mieście, daleko od mamy, od rodziny. To było jak błądzenie we mgle. Z mapą poruszałam się po Warszawie. Mieszkanie u niemal głuchej ciotki, która miała problemy z własnymi myślami. Zimno, karaluchy w mieszkaniu, często oczekiwania na klatce, aż ciocia założy aparat i otworzy mi drzwi od środka, ponieważ zapominała o mnie. Już wtedy dostałam tego czego chciałam i pracowałam w biurze. Przeprowadzka. Znajomi byli. Niewielu, lecz byli. I odchodzili. Ciąże, własne życie. Straciłam pracę, bo stałam się niewygodna. Nie godziłam się na wszystko. Wróciłam do domu na jakiś czas. Miesiąc w Irlandii Północnej. Już wtedy postanowiłam, że kiedyś wrócę na Wyspy. Lecz wtedy nie byłam na to gotowa. Powrót do Warszawy. Znów poszukiwania pracy. Wynajmowałam pokój, w którym nie było łóżka. Spałam na materacu, z którego każdej nocy schodziło powietrze. Budziłam się na podłodze ;) brak kasy na łóżko. W końcu kupiłam. Przywiozłam je z Ikei z koleżanką autobusem miejskim. 2 metrowy metalowy stelaż, zwinięty w rulon materac, w drugim rulonie zwinięte nakrycie. Same, autobusem. Komiczny widok :D
Wyprowadziłam się z domu tego samego dnia, którego odebrałam świadectwo maturalne, 30 czerwca 2009. Sama zaczęłam dorosłe życie. W ogromnym mieście, daleko od mamy, od rodziny. To było jak błądzenie we mgle. Z mapą poruszałam się po Warszawie. Mieszkanie u niemal głuchej ciotki, która miała problemy z własnymi myślami. Zimno, karaluchy w mieszkaniu, często oczekiwania na klatce, aż ciocia założy aparat i otworzy mi drzwi od środka, ponieważ zapominała o mnie. Już wtedy dostałam tego czego chciałam i pracowałam w biurze. Przeprowadzka. Znajomi byli. Niewielu, lecz byli. I odchodzili. Ciąże, własne życie. Straciłam pracę, bo stałam się niewygodna. Nie godziłam się na wszystko. Wróciłam do domu na jakiś czas. Miesiąc w Irlandii Północnej. Już wtedy postanowiłam, że kiedyś wrócę na Wyspy. Lecz wtedy nie byłam na to gotowa. Powrót do Warszawy. Znów poszukiwania pracy. Wynajmowałam pokój, w którym nie było łóżka. Spałam na materacu, z którego każdej nocy schodziło powietrze. Budziłam się na podłodze ;) brak kasy na łóżko. W końcu kupiłam. Przywiozłam je z Ikei z koleżanką autobusem miejskim. 2 metrowy metalowy stelaż, zwinięty w rulon materac, w drugim rulonie zwinięte nakrycie. Same, autobusem. Komiczny widok :D
Później było odchudzanie. 17kg w niecałe pół roku. Biorąc pod uwagę moją wiarę w siebie w tamtym okresie był to nie lada wyczyn. Kolejna przeprowadzka. I powrót po 3 tygodniach. Gość oszukał mnie i swoją byłą. Okazało się że nie płaci właścicielowi od jakiegoś czasu za mieszkanie. Dostałyśmy 2 dni na wyprowadzkę. By the way gdyby nie to zdarzenie nie poznałabym mojej obecnej przyjaciółki, prawdopodobnie nie byłoby mnie dziś tutaj, nie byłabym tą samą osobą. Trudno. Straciłam hajs, zyskałam przyjaźń.
Jesienią 2012 założyłam tak wymarzony aparat na zęby. Śniłam o tym od bardzo dawna. Mój uśmiech był moim ogromnym kompleksem. Śmiałam się ukrywając zęby. Wprawiało mnie to w okropne zakłopotanie. Pewność siebie była malutka. Ale stało się, miałam druty. Wreszcie! Po kilku dniach od zadrutowania straciłam pracę. Czujecie? Wybuliłam hajs na aparat, kolejne koszty przede mną, a ja nie mam pracy. Spięłam się i znalazłam pracę w tydzień. Znów to czego chciałam. Porządna, ogólnopolska firma, nowiutkie biuro, wszystko git. Aaaa nie powiedziałam. W tym czasie, tzn odkąd wyjechałam do Warszawy nie byłam singlem. Teoretycznie miałam faceta. Lecz nie było go przy mnie w tych wszystkich fatalnych i fajnych momentach. Ważne? Ważne i nieważne. Przyzwyczaiłam się, że jestem sama, choć nie było mi łatwo. Wtedy balansowałam gdzieś na granicy realizmu i pesymizmu, więc zadawałam sobie pytania ‘dlaczego ja?!’ It’s funny I know :D Ten związek nie był dobry. Był fajny przez pierwsze pół roku.... To był czas kiedy mieliśmy 4 i pół roku stażu. Przerażające. Wyjechał do Anglii i nasze priorytety już całkowicie się rozjechały. Rozstaliśmy się. Zaraz po tym dostałam awans. To było coś wielkiego. Wtedy. Wkroczyłam w inny świat. Kontakt z ludźmi z wysokich stanowisk, z kluczowymi klientami. Wtedy to było dla mnie coś. Miałam swoje wyobrażenia o ludziach, którzy są ‘wysoko’. Myślałam, że są ogromni, że nie dorastam im do pięt. Dziś wiem, że to normalni ludzie, często tacy, którzy mieli krótszą drogę do tego swojego garniturowego stołka niż ja do swoich faktur. Myślałam, że to ludzie bez obaw, bezgranicznie i totalnie wierzący w siebie. Obserwacje to zweryfikowały. Z jednym z takich garniturowych ważniaków mam kontakt do dziś i szczerze mogę przyznać, że mam w nim przyjaciela.
Co było po awansie? Ach, kolejna przeprowadzka. Tym razem by zamieszkać z moją wspomnianą już przyjaciółką. Uwolniłyśmy ją z chorego związku, dzięki któremu obie dostałyśmy sporą dawkę adrenaliny hehe Po kilku miesiącach Żanci odjebało. Wrócił były. Heh wrócił... Wróciło gadu gadu, nawet nie Skype, tylko gadu. Wróciłam do starego mieszkania. Myślałam, że straciłam przyjaźń. Ale przecież miałam miłość. Jakaż byłam naiwna. W porę się obudziłam. Kontakt z przyjaciółką wrócił. Prawdopodobnie gdyby nie moja wyprowadzka, ona nie poznałaby swojego męża i obie byłybyśmy teraz totalnie gdzie indziej. Niesamowite. Każdy, nawet najdrobniejszy szczegół prowadzi nas w inne miejsce.
Były poszedł totalnie w odstawkę. Mój desperacki powrót i złudne nadzieje (z których tak na marginesie doskonale zdawałam sobie sprawę) trwał jakieś 3-4 miesiące, które spędziłam na bezustannym zastanawianiu się po co mi to. Dziś nie mam pojęcia co się z nim dzieje. Choć był w moim życiu ponad 4 lata, wyrządziliśmy sobie tyle krzywd, że nie chcemy nic o sobie wiedzieć. No i pojawiła się pasja. Pojawiła się siłka, o której już pisałam. Razem z siłką przyszła miłość. Poznałam siłę wspólnej pasji. Siłę motywacji. Siłę wsparcia. Siłę miłości. Budowało to moją siłę i pewność siebie. Budowało mnie przed tym co czekało mnie później.
I skończyło się tak szybko jak się zaczęło. Wiem, że nie mogło trwać wiecznie. Właściwie patrząc na to z perspektywy czasu widzę, że łączyła nas tylko pasja. Ale wtedy było mi to potrzebne. Właśnie to. Wiem, że było po to, by mi pokazać, że warto marzyć, warto stawiać sobie cele, warto ustanawiać standardy, warto wierzyć we własne siły. Był to test przed większymi wyzwaniami. Więc zostawiłam pracę. Niejeden mówił, że oszalałam. Rzucam pracę w Warszawie, nie za najniższą stawkę, na ciepłym fotelu, przy nowym kompie, w klimatyzowanym biurze, na umowę o pracę. Po co? Po to by pracować gdzieś jako zwykły robotnik w kraju oddalonym o ponad tysiąc kilometrów? Inna kultura, inni ludzie, język. Mnóstwo barier. I tylko jedna bliska osoba przy mnie, której życie jest jeszcze bardziej pogmatwane.
Tylko garstka widzi w tym mnie. Widzi w tym środek do celu. Widzi w tym moją potrzebę sprawdzenia się, wyzwań, ambicji i aspiracji. I tak najważniejsze jest to co widzę ja. A odkąd zostawiłam ursynowski kurwidołek widziałam wszystko różnie. Miotały mną ambiwalentne uczucia. Zero ładu, zero rytmu, który tak bardzo cenię.
Był czas, że ciężko było mi się przyznać do słabości. Uważałam, że jako osoba praktykująca wszechobecne szczęście, pozytywna, pełna entuzjazmu i rozsiewająca pozytywną energię wokół nie mam prawa do słabości. Że nie mogę pokazać tym dwóm osóbkom, które dopiero wchodzą na drogę do własnego szczęścia, poszukiwania prawdy, że ich mentor jest słaby. Tak, najbardziej bałam się o te dwie młode główki. Jak bardzo się myliłam. Poprzedniego posta nie wrzuciłam tutaj, wysłałam go właśnie im. I wiecie co się stało? W ich oczach jestem jeszcze większa. I otworzyło oczy mi. Na prawdę jaką są te słowa
Nie jaram się tym, że jestem kimś z oczach innych. Najbardziej cieszy mnie to, że chcą się uczyć. Jestem podekscytowana, że tak wcześnie rozpoczęły podróż. I jestem z nich ogromnie dumna. Ale jeszcze bardziej się cieszę z tego, że ja mogę się uczyć od nich. Oczywiście przeszłam więcej, lecz to nie oznacza, że ktoś młodszy, mniej doświadczony nie może wnieść bardzo ważnych wartości do mojego życia.
W ciągu ostatnich dni doświadczyłam jeszcze jednej bardzo pozytywnej rzeczy. Ktoś kogo podziwiam, ktoś kto jest mi nauczycielem, ktoś dzięki komu tak naprawdę pomysł bloga urzeczywistnił się, ktoś niesamowicie mądry i otwarty postawił mnie na nogi. Albo raczej przywołał do porządku :D Kilka zdań wystarczyło, bym otworzyła oczy na to co się dzieje. Bym przypomniała sobie, że zaszłam tak daleko i to że zajdę jeszcze dalej.
Te dwie sytuacje uświadomiły mi bardzo mocno, że nie idę sama. Że są ludzie, którzy mi kibicują z całych sił. Dla których jestem inspiracją, mimo wielu różnic.
Co chcę przez to przekazać? Trzy rzeczy.
Po pierwsze, żebyście się Robaczki nie poddawali. Żebyście zawsze pamiętali, że nie jesteście sami. Że jesteście ważni dla innych nawet jeśli nie zdajecie sobie z tego sprawy. Żebyście czerpali motywację z własnego życia.
Po drugie, żebyście nigdy nie rezygnowali z przyjaźni. Przyjaźń jest jedną z najważniejszych cnót.
I po trzecie, żebyście pamiętali, że nikt nie jest z żelaza. Że każdy ma gorsze dni. I że jeżeli życie, Bóg, Zeus czy cokolwiek w co wierzycie zamknie Wam jedne drzwi, otworzy przed Wami 100 innych.
Tyle na dziś. Dziękuję, że dotrwaliście do końca moich wypocin :D
PS. Dedykuję tego posta Myśliwemu z łódzkiego. Dzięki!







