Chciałam napisać coś filozoficznego. Coś ubranego w mądre i piękne słowa. Ale prostota często jest kluczem. Dlatego zacznę od pewnej historii.
Czasem wspominam moje życie SPRZED. Sprzed czego? Sprzed odnalezienia pasji. Było szare, Było bardzo szare. Każdy dzień wyglądał niemal tak samo. Praca, dom, tv, książka, czasem jacyś znajomi. Weekendy były najgorsze. Co robić? Spać do południa, zakupy, sprzątanie, coś. Moja szarość osiągnęła kulminacyjny punkt, kiedy zaczęłam zostawać po godzinach w pracy. Tylko dlatego, że nie chciałam wracać do tego niczego czekającego na mnie w domu. Żałosne co? Dni mi uciekały. Życie? Jakie życie? Nie miałam życia. Po prostu egzystowałam. Czułam, że usycham.

I przyszedł moment kiedy powiedziałam sobie dość. Kiedy uświadomiłam sobie w jakim dołku siedzę. Zaczęło się od książki. Jakiej? 'Pokochaj siebie' Wayne'a Dyer'a. Nigdy nie wierzyłam w książki motywacyjne. Uważałam, ze to zwykłe brednie. By the way teraz już wiem dlaczego tak uważałam. Jak duża część społeczeństwa bałam się wyjść ze swojej 'strefy względnego bezpieczeństwa' (to moje określenie na strefę komfortu. Moja strefa nie była komfortowa, ponieważ czułam się w niej źle). Więc tkwiłam sobie tak w moim kokonie, nieszczęśliwa, z pytaniami 'Czemu ja? 'Czemu nie mogę być szczęśliwa?'. Znane?
Tak bardzo chciałam sobie pomóc, że sięgnęłam po coś, co wydawało mi się nijak z pomocą związane. Po tą jedną książkę motywacyjną. To było jak akt desperacji, jak chwytanie brzytwy. I co? Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zadziałało. Rewelacyjnie! Lawina ruszyła. Od tego momentu podjęłam decyzję o własnym rozwoju, o ciągłym poszerzaniu horyzontów. Zrozumiałam, że to życie, które mam, mam tylko raz. Nie wrócę już do poprzednich dni, to co się stało rok temu, miesiąc, czy godzinę nie powtórzy się. Dlatego liczy się dla mnie każda chwila. Dlatego każdą chwilę chcę wykorzystać. Dlatego na telefonie mam e-booki,
na fb inspirujących ludzi.

Pokochanie siebie, chęć wydostania się z żałosnego kokonu, zwanego przeze mnie przedtem życiem, spowodowało, że odnalazłam pasję. Poszłam na siłownię. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego jaki to był stres. Ja, zielona, miałam swoje wyobrażenie o tym miejscu. Ale przecież zmieniałam swoje życie. Wychodziłam poza swoje ramy. Uczyłam się odwagi. Uczyłam się nieoceniania przed spróbowaniem. Jak było po 'pierwszym treningu'? Znacie to uczucie, kiedy odbieracie wyniki ważnego egzaminu i okazuje się, że mimo waszych obaw zdaliście zajebiście? Tak się właśnie czułam. Opadł cały stres. Pokonałam pierwszą przeszkodę. Łapałam apetyt na więcej. Z każdym kolejnym treningiem, które na początku wyglądały komicznie :D wychodziłam pewniejsza siebie i odważniejsza. Nie poszłam na siłkę, by schudnąć, ujędrnić się, zbudować. Moim celem było zdobycie odwagi, by żyć każdego dnia. By mieć apetyt na życie. Chciałam być odważna, by brać życie garściami. Pojawił się CrossFit. Pojawili się ludzie z pasją. Każdy, nieświadomie, był nauczycielem. Nie nauczycielem podnoszenia ciężarów, a nauczycielem życia. Czerpałam z nich siłę, motywację i inspirację. Z czasem nauczycielami stały się także ciężary. Każdy gryf, każdy hantel, każdy kettlebell i każdy drążek. Chciałam być coraz lepsza w sporcie, bo dzięki temu byłam lepszą sobą. Nauczyłam się pokonywać słabości. Zauważyłam, że to co robię na siłowni można przełożyć na życie. Dawałam z siebie więcej niż maksimum podczas treningów, zawsze uważałam, że robię za mało. Dziś, będąc ponad tysiąc kilometrów od miejsca, w którym to się zaczęło wciąż tak uważam, wciąż chcę więcej.
To jak równanie:
wciąż więcej na treningu = wciąż więcej od życia
Doskonale pamiętam jeden trening. Skakałam sobie na skrzynię, 70 cm, ostatnie 5 powtórzeń, chwila nieuwagi i piszczele spotkały się z krawędzią skrzyni. Ból, krew.. Blizny zostaną ze mną na zawsze. Nieważne. Ważne jest to, że trzeba było dokończyć trening. I tak, z krwawiącymi piszczelami, z dziurami w piszczelach, box jumpy dokończyłam. Tak samo wygląda życie. Dostajesz po dupie, spotykają Cię problemy, ale Ty się nie chowasz, nie poddajesz, kończysz to co zacząłeś.

Nie namawiam do ciężarów. Choć to naprawdę zajebiste uczucie, kiedy bierzesz więcej niż niejeden facet na siłowni :P Chodzi o to, by odnaleźć swoją, własną pasję. Życie bez pasji jest puste, szare, monotonne. Każdy dzień jest identyczny. Powiesz 'Ok, ale jak mam znaleźć pasję? Ja nie wiem co chcę robić'. Wyjścia są dwa. Albo będziesz próbował różnych rzeczy i weryfikował, albo skupisz się i ustalisz co sprawia Ci szczególną radość. To może być cokolwiek. Jeśli naprawdę szczerze chcesz to odnaleźć, odnajdziesz. ( Post o nastawieniu na sukces niebawem ) Życie stanie przed Tobą otworem, zaczniesz zauważać inne wartości. Przygotuj się na zmianę. Na zmianę siebie i Twojego świata. Czy warto? Oczywiście, że warto. To życie jest Twoje. To trywialne, ale nikt go za Ciebie nie przeżyje, więc zrób wszystko, by nie żałować za 50 lat tych dni, kiedy mogłeś wszystko. Ja już to wiem. I wierzę, że Ty też to dostrzeżesz.
Peace and love!