poniedziałek, 27 lipca 2015

Smutek

Długo myślałam, że jako osoba pozytywna, optymistyczna, nie wypada mi smucić się i płakać. Że smutek nie jest zarezerwowany dla ludzi szczęśliwych. Błędnie podchodziłam do pojęcia smutku. Uważałam smutek za coś destrukcyjnego, negatywnego, przytłaczającego. Coś czego muszę się wyżec, jeśli chcę być pozytywna.
Ale smutek to coś więcej niż przygnębienie. Smutek jest autentyczny. Smutek jest tylko mój. Zależy tylko od mnie. Mogę go przytłumić spotykając się ze znajomymi, chodząc do kina, robiąc wszystko, by go nie dostrzegać.
Smutek jest dużo silniejszym uczuciem niż szczęście. Dlaczego? Zazwyczaj poczucie szczęścia wypływa z zewnątrz. Jest zależne od pieniędzy, od związków, od sytuacji, od rzeczy. Od czegoś lub kogoś. Od zewnątrz. Jesteśmy szczęśliwi z powodu przyjaciółki, przyjaciela, ale oni są odrębnymi istnieniami.


To wydarzenie bardzo doniosłe, bardzo moje. Otwiera mi możliwość spojrzenia głębiej we mnie, w moją samotność. Mogę się zasłaniać, przytłaczać, uciekać od niego. Mogę się łudzić, że nie jestem samotna. Przekonywać się, że nie jestem smutna. Ale wcześniej czy później iluzja odchodzi. A smutek zostaje.
W takim razie co zrobić, by wykorzystać smutek? Nie odsuwać się od niego. Usiąść w ciszy i być z nim. A łzy? Łzy są dobre. Łzy oczyszczają. Sprawiają, że jesteśmy lżejsi.
Ważne jest by odróżnić akceptację smutku od użalania się nad sobą. Nie chodzi o to, by usiąść, płakać i powtarzać sobie: 'O Boże jaka jestem biedna, bo to bo tamto'. Chodzi o to, by zaakceptować tymczasowy smutek, zastanowić się nad jego genezą, porozmawiać z nim. Nie traktować go jak wroga, a jak sprzymierzeńca. Ponieważ Wasz smutek jest Wasz.


niedziela, 26 lipca 2015

Blog

Gdzie bym była gdybym tylko marzyła, nie spełniając swoich marzeń?
Gdzie bym była, gdybym tylko czekała, nie działając?
Kim bym była, gdybym nie działała według nowych zasad? 
Z decyzją o pisaniu bloga oswajałam się długo. Mimo, iż jestem spontaniczna, podejmowanie decyzji nie zajmuje mi dużo czasu, to pomysł na bloga dojrzewał kilka miesięcy. Kto będzie chciał to czytać? Czy mogę kogoś zainspirować? Czy do kogoś dotrą moje słowa? Ale czy to jest ważne? Nie. Ważne jest to, że marzę o pisaniu. Że kiedyś, dawno temu narodziło się marzenie o zostaniu pisarką. Narodziło się i schowało głęboko w podświadomości. Przyszedł czas, by do tego wrócić, by je realizować. Dla siebie. Dla własnego spełnienia. Po to, by się przekonać czy umiem to robić i czy mi się spodoba. Po to, by za kilka miesięcy, lat, wrócić do tego miejsca i zastanowić się jak się zmieniłam. By udokumentować mój proces przemiany.
Niesamowite jest to, że mam odwagę by żyć, by działać, by zdobywać, a blog mnie przerastał.
Dlaczego skoro prowadzę już na fb stronę o tematyce sportowo - motywacyjnej. Piszę od jakiegoś czasu, jednak fb to nie blog. Inna grupa odbiorców, inne cele. Blog to coś więcej. Dla mnie. To początek większego wyzwania.
Ale jestem. Maszyna ruszyła! Wciąż szukam. Wciąż chcę coś robić. Coś nowego. Coś innego. Coś twórczego. 



sobota, 25 lipca 2015

Problem


Kiedy życie rzuca nam pod nogi kłody, kiedy wpadamy w problemy, czujemy się przygnębieni, zestresowani, często swoją frustrację próbujemy przelać na najbliższych, ranimy ich, przez co ranimy siebie. Tkwimy w błędnym kole, które nie pozwala nam znaleźć rozwiązania. Zrzucamy odpowiedzialność na kogoś innego. Problem traktujemy jak coś złego, destrukcyjnego. Dlaczego nie spojrzeć na to zupełnie z innej strony? Dlaczego nie traktować problemu jak wyzwania, które pozwoli nam się rozwinąć, zdobyć doświadczenia? Może to być swojego rodzaju misja. Uważamy się za ludzi dorosłych, odpowiedzialnych, mamy rodziny i twierdzimy, że jesteśmy zbyt starzy na podchodzenie do życia z radością. Nie chcemy dostrzec pozytywów w trudnych sytuacjach. Wolimy użalać się nad własnym losem. Myślimy, że zwrócimy przez to czyjąś uwagę na siebie, że poczujemy się ważni. Tymczasem ci inni mają swoje problemy, w których się zagłębiają. Skoro życie jest jedno i dzień dzisiejszy już się nie powtórzy dlaczego by nie zacząć się nim bawić? Nie chodzi o to by problem zbyć. Chodzi o to, by spojrzeć na niego jak na wyzwanie, misję do wykonania. Reguły w tej grze ustala Życie. Daje nam do wylosowania karty z zadaniami. Nie bierze ich znikąd, ponieważ sami decydujemy o tym gdzie jesteśmy i kim jesteśmy. Życie nas zna. Lepiej niż my sami siebie. A naszym zadaniem jest tylko podjąć wzywanie. Nie ukarze nas za złe rozwiązanie. Nie ma złych rozwiązań. Ono po prostu przetasuje karty i kolejnym razem da nam do wylosowania odpowiednie. Skoro już żyjemy to dlaczego nie pobawić się z nim? Dlaczego nie rzucić Jemu wyzwania? Powiedzmy 'Dobra Życie, skoro jesteś takie sprytne to ja Ci pokażę na co mnie stać. Dam Ci zagwozdkę. Ciekawe jak Ty się zachowasz przy następnym rozdaniu'. I wtedy będziemy czekać na kolejny ruch. Życie i tak rzuci nam karty, to jest nieuniknione. Ono chciało byśmy zaczęli w to grać. Przyszliśmy na świat dzięki niezwykłej mocy. I ta moc została nam oddana. Pytanie tylko czy chcemy grać by wygrać czy grać by przeżyć.

Wybór należy do nas, so let the game begin!


Z pasją

Chciałam napisać coś filozoficznego. Coś ubranego w mądre i piękne słowa. Ale prostota często jest kluczem. Dlatego zacznę od pewnej historii.
Czasem wspominam moje życie SPRZED. Sprzed czego? Sprzed odnalezienia pasji. Było szare, Było bardzo szare. Każdy dzień wyglądał niemal tak samo. Praca, dom, tv, książka, czasem jacyś znajomi. Weekendy były najgorsze. Co robić? Spać do południa, zakupy, sprzątanie, coś. Moja szarość osiągnęła kulminacyjny punkt, kiedy zaczęłam zostawać po godzinach w pracy. Tylko dlatego, że nie chciałam wracać do tego niczego czekającego na mnie w domu. Żałosne co? Dni mi uciekały. Życie? Jakie życie? Nie miałam życia. Po prostu egzystowałam. Czułam, że usycham.


I przyszedł moment kiedy powiedziałam sobie dość. Kiedy uświadomiłam sobie w jakim dołku siedzę. Zaczęło się od książki. Jakiej? 'Pokochaj siebie' Wayne'a Dyer'a. Nigdy nie wierzyłam w książki motywacyjne. Uważałam, ze to zwykłe brednie. By the way teraz już wiem dlaczego tak uważałam. Jak duża część społeczeństwa bałam się wyjść ze swojej 'strefy względnego bezpieczeństwa' (to moje określenie na strefę komfortu. Moja strefa nie była komfortowa, ponieważ czułam się w niej źle). Więc tkwiłam sobie tak w moim kokonie, nieszczęśliwa, z pytaniami 'Czemu ja? 'Czemu nie mogę być szczęśliwa?'. Znane?
Tak bardzo chciałam sobie pomóc, że sięgnęłam po coś, co wydawało mi się nijak z pomocą związane. Po tą jedną książkę motywacyjną. To było jak akt desperacji, jak chwytanie brzytwy. I co? Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu zadziałało. Rewelacyjnie! Lawina ruszyła. Od tego momentu podjęłam decyzję o własnym rozwoju, o ciągłym poszerzaniu horyzontów. Zrozumiałam, że to życie, które mam, mam tylko raz. Nie wrócę już do poprzednich dni, to co się stało rok temu, miesiąc, czy godzinę nie powtórzy się. Dlatego liczy się dla mnie każda chwila. Dlatego każdą chwilę chcę wykorzystać. Dlatego na telefonie mam e-booki, 
na fb inspirujących ludzi.


Pokochanie siebie, chęć wydostania się z żałosnego kokonu, zwanego przeze mnie przedtem życiem, spowodowało, że odnalazłam pasję. Poszłam na siłownię. Nawet nie zdajecie sobie sprawy z tego jaki to był stres. Ja, zielona, miałam swoje wyobrażenie o tym miejscu. Ale przecież zmieniałam swoje życie. Wychodziłam poza swoje ramy. Uczyłam się odwagi. Uczyłam się nieoceniania przed spróbowaniem. Jak było po 'pierwszym treningu'? Znacie to uczucie, kiedy odbieracie wyniki ważnego egzaminu i okazuje się, że mimo waszych obaw zdaliście zajebiście? Tak się właśnie czułam. Opadł cały stres. Pokonałam pierwszą przeszkodę. Łapałam apetyt na więcej. Z każdym kolejnym treningiem, które na początku wyglądały komicznie :D wychodziłam pewniejsza siebie i odważniejsza. Nie poszłam na siłkę, by schudnąć, ujędrnić się, zbudować. Moim celem było zdobycie odwagi, by żyć każdego dnia. By mieć apetyt na życie. Chciałam być odważna, by brać życie garściami. Pojawił się CrossFit. Pojawili się ludzie z pasją. Każdy, nieświadomie, był nauczycielem. Nie nauczycielem podnoszenia ciężarów, a nauczycielem życia. Czerpałam z nich siłę, motywację i inspirację. Z czasem nauczycielami stały się także ciężary. Każdy gryf, każdy hantel, każdy kettlebell i każdy drążek. Chciałam być coraz lepsza w sporcie, bo dzięki temu byłam lepszą sobą. Nauczyłam się pokonywać słabości. Zauważyłam, że to co robię na siłowni można przełożyć na życie. Dawałam z siebie więcej niż maksimum podczas treningów, zawsze uważałam, że robię za mało. Dziś, będąc ponad tysiąc kilometrów od miejsca, w którym to się zaczęło wciąż tak uważam, wciąż chcę więcej.
To jak równanie:
wciąż więcej na treningu = wciąż więcej od życia
Doskonale pamiętam jeden trening. Skakałam sobie na skrzynię, 70 cm, ostatnie 5 powtórzeń, chwila nieuwagi i piszczele spotkały się z krawędzią skrzyni. Ból, krew.. Blizny zostaną ze mną na zawsze. Nieważne. Ważne jest to, że trzeba było dokończyć trening. I tak, z krwawiącymi piszczelami, z dziurami w piszczelach, box jumpy dokończyłam. Tak samo wygląda życie. Dostajesz po dupie, spotykają Cię problemy, ale Ty się nie chowasz, nie poddajesz, kończysz to co zacząłeś.


Nie namawiam do ciężarów. Choć to naprawdę zajebiste uczucie, kiedy bierzesz więcej niż niejeden facet na siłowni :P Chodzi o to, by odnaleźć swoją, własną pasję. Życie bez pasji jest puste, szare, monotonne. Każdy dzień jest identyczny. Powiesz 'Ok, ale jak mam znaleźć pasję? Ja nie wiem co chcę robić'. Wyjścia są dwa. Albo będziesz próbował różnych rzeczy i weryfikował, albo skupisz się i ustalisz co sprawia Ci szczególną radość. To może być cokolwiek. Jeśli naprawdę szczerze chcesz to odnaleźć, odnajdziesz. ( Post o nastawieniu na sukces niebawem ) Życie stanie przed Tobą otworem, zaczniesz zauważać inne wartości. Przygotuj się na zmianę. Na zmianę siebie i Twojego świata. Czy warto? Oczywiście, że warto. To życie jest Twoje. To trywialne, ale nikt go za Ciebie nie przeżyje, więc zrób wszystko, by nie żałować za 50 lat tych dni, kiedy mogłeś wszystko. Ja już to wiem. I wierzę, że Ty też to dostrzeżesz.
Peace and love!