Który dziś? Tak, niedługo minie rok odkąd nie byłam na mojej siłce. A tęsknię. Jak cholera. Dziś poleciała mi łezka. Nie chciałam tego bloga traktować jak pamiętnika czy coś, ale co tam.
Moja siłka na Bielanach zdefiniowała mnie w dużym stopniu. Wiele się zmieniło. W moim życiu. We mnie. Brakuje mi jak cholera moich kettli. Tych głupich czajników, które dawały mi tyle bólu i radości za razem. Zrobiłabym martwy ciąg w moim złotym miejscu. Zobaczyłabym w sumie w jakimś stopniu satysfakcjonujące mnie miny cipeuszy, którzy pykali sobie fotki przed lustrem po czym spoglądali jak z 5 dych na martwym zrobiła mi się stówka i ze zwieszonymi głowami wracali do szatni. Chciałabym znów modlić się, by zrobić choć jeszcze jednego butterfly'a i klnąć przy tym na pękające odciski. Chciałabym jeszcze raz zajebać w skrzynię przy box jumpach, upaść na podłogę, zasyczeć, zagryźć zęby, otrzeć krew z piszczela i na trzęsących się nogach dokończyć rundę. Ćwiczyć technikę cleanów i wkurwiać się na siebie, że nie potrafię opanować tego ruchu bioder.
Pogadać o Sam i dopingu w Crossficie. Podziwiać upór jedynie jednostek. To nie zdarza się często nawet na siłowni. Lenistwo rządzi naszym świętem. Co potem? Potem obudzić się i pobić swój PR w jerku. Oczywiście najpierw upuszczając kilka sztang na ziemię i besztając siebie. Poleżeć spocona, wyjebana z mocy, najczęściej zastanawiając się czy zrobiłam wystarczająco, przecież mogłam jeszcze, mogłam więcej, oglądając nowe odciski na dłoniach zastanawiać się co zrobię jutro. Zawsze za mało. Zawsze niedosyt. Mogłam lepiej. Mogłam być lepsza. Wracać do domu z torbą na ramieniu, z trzęsącymi się mięśniami, z shakerem w ręku, kapturem na głowie, posiedzieć chwilę na murku przed blokiem.
Nie jest mi żal. Lubię swoje życie. Mam fantastycznego faceta, niedługo przyjdzie na świat najzajebistsze dziecko na tej planecie, nasze dziecko.
Chyba nie będzie puenty. Filozoficznych morałów. Odsyłam do poprzedniego posta ;) Mam wspomnienia, mam zdjęcia, mam bica i dupę, choć już nie tak fajną - moje dziecko mnie zjada jak ja kiedyś zjadałam suple :)
I co? I jestem zajebiście szczęśliwa, że Życie przyprowadziło mnie właśnie do zapyziałej
Starej Szynki, że mam mojego K, że mamy 6-cio centymetrowe cudo w brzuszku i że moja bielańska s-czwórka jest w moim serduszku. Kiedyś powiem córce, oczywiście innej opcji nie przyjmujemy, że mama była najtwardszą dupą na swojej siłce!
Czasami tracimy wiarę, że to co robimy jest słuszne. Wydaje nam się, że cały świat jest przeciwko nam. Że jesteśmy w nim sami, ze wszystkimi problemami i troskami. Chcielibyśmy dużo. Więcej. Wydaje nam się, że kiedyś było nam lepiej. Bo mieliśmy więcej hajsu, więcej energii, więcej się działo, było kolorowo, czy coś... dopowiedzcie sobie. Wydaje nam się, że gdybyśmy wrócili, spróbowali żyć tak jak wtedy, byłoby nam równie dobrze.
Ale po pierwsze, czy bierzemy pod uwagę fakt, że coś nas doprowadziło do miejsca, w którym jesteśmy? Podjęliśmy jakieś decyzje za które jesteśmy odpowiedzialni. Dostaliśmy karty od Życia, zagraliśmy właśnie tak i właśnie tu jesteśmy. Nie możemy machnąć ręką, krzyknąć 'wróć' i cofnąć się. Życie nie daje taryfy ulgowej, a wszystko dzieje się w jakimś określonym celu.
Po drugie, czy mamy pewność, że 'tam' teraz byłoby nam lepiej? Zakładamy, że kiedyś było fajnie tak? Ok. Porównajmy to do letnich urlopów. Przez kilka lat jeździliśmy w to samo miejsce, niech to będzie polskie morze. Pewnego roku postanowiliśmy zmienić plany i pojechać hmm na Mazury. No niby fajnie, odpoczęliśmy, maksymalny relaks, nie ma takich tłumów, spokój, cichutko, amu w sumie nawet lepsze niż bałtyckie mrożone rybki, woda czyściutka, opalamy się leżąc wygodnie nad jeziorkiem, a nie szukając miejsca na nadbałtyckiej plaży. Wszystko ładnie pięknie, możemy śmiało przyznać, że maks najlepiej. Ale... Coś nas jednak ciągnie nad to morze. No bo wtedy i wtedy było tak fajnie. Ok, jedziemy! I co? Nie ma już tego lasku do którego tak lubiliśmy chodzić i ukrywać się w cieniu. Za to na jego miejscu powstało kolejne pole campingowe. Świetnie, więcej turystów! Ok, to nic. W sumie las nie jest taki ważny. Ale pani od tych najlepszych gofrów w galaktyce też już nie ma. Jaka szkoda. Pewnie ma ważniejsze sprawy na głowie. Ale jest nasza plaża! Tego przecież nikt nam nie zabierze. 'Jak byłem młodszy to zawsze rozbijaliśmy się pod takim jednym klifem. To miejsce kocham najbardziej'. Klif jest. Ale pod klifem nie można rozłożyć kocyka. Stoi tam teraz dość duża knajpka. Jesteśmy rozczarowani? Jak cholera. Mamy wrażenie, że już nawet piasek nie jest ten sam.
I po trzecie. Kurde, przecież jesteśmy twardzi. Nie ma takiej przeszkody, której nie moglibyśmy pokonać. Uciekanie nie jest dla Super-Bohaterów :P
Na pewno zrozumieliście o co mi chodzi. Miejsca się zmieniają, ludzie się zmieniają, ich życia się zmieniają. Czas płynie, Życie rzuca karty każdemu i ten każdy podejmuje decyzje, które prowadzą go w różne miejsca. Zmieniają się priorytety, zmieniają się nastawienia, czasy się zmieniają, zostają sentymenty. Ale czy sentymenty sprawią, że nie będziemy chodzili głodni? Czy do sentymentów się przytulimy? Sentymenty są fajne, ale tylko wtedy kiedy podawane są w odpowiednich dawkach. Jak wszystko.
Sama jestem sentymentalna. Lubię wracać w myślach do pewnych miejsc. Lubię wracać w realu do pewnych miejsc. Za kilka tygodni lecę do Polski. Cieszę się, bo pójdę na Plac Grzybowski w Warszawie, usiądę na ulubionym murku pod Pałacem Kultury, poobserwuję ludzi, którzy ciągle gdzieś się śpieszą zapominając, że życie im ucieka. Pojadę na moją wioskę, pójdę na spacer z siostrami i posiedzimy na torach, wieczorem obejrzymy
Harrego Pottera po raz milionowy. Będzie miło, pozytywnie i w ogóle, ale wrócę na Egerton, bo mam dla kogo i mam po co :)
Chyba nadszedł czas, by docenić to co mamy, cieszyć się z małych drobiazgów, każdego dnia rzucać wyzwania Życiu i żyć z nadzieją w serduszku!
A i jeszcze jedno. Słuchałam dziś rano radia. Nie wsłuchiwałam się jakoś specjalnie, byłam zajęta, ale wpadł mi w ucho jeden wers:
Przeszłość jest tatuażem – nikt jej nie zmaże. Ważne że potrafimy żyć tu razem.
PS. Dedykuję tego posta Mojemu Wielkiemu K.
Stałeś się dla mnie ogromną inspiracją. Podziękuję Ci jak wstaniesz :)